Praga w praniu

Marzec 6th, 2011 § Dodaj komentarz

Mało w życiu widziałem. Na pewno nie widziałem nigdy tak zadziwiającego miasta, jak czeska Praga. Ta przepiękna, europejska metropolia ma w sobie coś zrozumiałego dla mnie – socjologa, ale też masa szczegółów, które na pierwszy rzut oka po prostu zdumiewają.

Pierwsze, co dostrzegła, jeszcze wtedy, po prostu – moja partnerka, a dziś narzeczona, to fakt, że po przekroczeniu granicy, w imieniny Sylwestra, ze świeczką można było szukać przyozdobionych domów i ogródków. O ile w Polsce widząc śnieg i  przydomowe tuje obarczone masą mrugających światełek, można być pewnym, że jest mniej więcej między Wszystkich Świętych a świętem Trzech Króli, to u naszych południowych sąsiadów świadomości takiej nie uraczysz.

Wraz z przekroczeniem granicy rozpłynęły się Orleny, a pojawiły Agipy, dziwne dla nas znaki drogowe i wąskie drogi – to Czechy.

Wjazd do Pragi to tradycyjnie centra logistyczne, handlowe, produkcyjne i inne tego typu. Potem wielkie połacie biurowców zimensowskich, timobajlowskich, różnego rodzaju siedziby małych, większych i największych tego świata. Kiedy już przebijesz się przez ten przytłaczający pierścień żelbetu i szkła, dotrzesz do istnej wisienki na torcie. Im bliżej ścisłego centrum, tym mniej hitlerowsko, a bardziej carsko (igristoe), arystokratycznie i dostojnie.

Praga, posiadająca bogatą historię, którą można by obdzielić niejedną metropolię, sprawia jednak wrażenie jakiejś pustki.

Może nie jestem w tym momencie obiektywny, ale uważam, że głównym powodem, dla którego (podobnie jak z kwestią świątecznego oświetlenia domów) centrum Pragi jest jałowe, są laickość Czech i turyści. Biorę teraz w nawias perełki architektury, niespotykany urok wąskich uliczek, zachowanych w pierwotnej formie sprzed lat, nietkniętych przez Adolfa, parków, skwerów, mostów, a nawet (sic!) sklepów: czułem się tam trochę jak w skansenie.

Swoje 3 grosze dorzuciła dwumilionowa masa turystów (w tym rzesza z Polski – o zgrozo!; można nas rozpoznać nawet  jak nie otwieramy paszczy!), co sprawiło, ze Praga była dla mnie jak kobieta z wąsami w obwoźnym cyrku – wszyscy z okolicy zlatują się, by zobaczyć dziwo, zabawić się, zrobić jej kilka zdjęć, napić się, zbakać a przy okazji zostawiają tu masę swoich pieniędzy.

Czeskiego języka na ulicy jest jak na lekarstwo (max. 10 razy w ciągu 10 godzin słyszałem go na ulicy – łatwo policzyć średnią), jeden ze sprzedawców na świąteczno – noworocznym jarmarku rozmawiał z klientami po włosku – istna wieża Babel.

Wszystko to sprawiało, że dla mnie duch miasta wywietrzał.

Wracając na chwilkę do naszych rodaków, język polski był chyba najczęściej słyszanym przeze mnie w ciągu całego, acz krótkiego pobytu. Pomijam czesko – kupieckie: Panie! Złotówki można u mnie płacić!. Najczęściej można było jednak usłyszeć standardowe, ogólnie rozpoznawalne Kurwa! i Ja pierdolę! w wykonaniu męskim, oraz Maaasaaakraaaaa w wykonaniu kobiecym.

W ogóle, polscy turyści pobili (jak na mój gust) w tym dniu wszelkie rekordy. Głównie w dyscyplinie, która zwie się sprint w nawaleniu się i robieniu boruty. Byliśmy chyba jedynymi, którzy kończyli zabawę przed północą!

Borutę (w rozumieniu naszym – nudnych sztywniaków, którzy nie jeżdżą do Czech najarać się trawy i w drodze powrotnej zabrać ze sobą galon taniego alkoholu), czynili tez Hiszpanie i Portugalczycy, ale wynikało to raczej z ich temperamentu, niż nietaktu. Fakt, krzyczeć i śpiewać po pijaku lubią, ale wywołuje to bardziej pozytywne emocje niż rzyganie pod murem, czy zwierzęce ryczenie. Kolegów zza wschodniej granicy też można było łatwo rozpoznać. Ot, tacy Polacy, ale póki co trzeźwi. Germanów cechował głównie ubiór a’la górska miejscowość w Alpach. Włosi – rodzinni…

Trochę tych stereotypów powyłaziło ze mnie, ale każdy stereotyp ma swoje źródło.

Mógłbym tak pisać i pisać, ale przecież nie o to chodzi, żeby zapełnić stronę.

Bądź co bądź cały wyjazd zaliczam do tych pozytywnych, które przynoszą nowe przemyślenia. Mimo, ze byłem tam po raz kolejny, tym razem miałem okazję wysnuć z tego małego wypadu nowe wnioski.

W obronie humanistów.

Styczeń 12th, 2011 § Dodaj komentarz

No i wiedziałem, że tak będzie… Z moim słomianym zapałem musiało się tak stać – po prostu nie zdołałem się przemóc do napisania kolejnego wpisu, ale tak już mam. Miałem, bo w tym roku daję sobie ostrego kopniaka, włączam obroty na najwyższe i ruszam z trójki… Oby silnik mi się nie zadławił.

Koniec tych wycieczek osobistych. czas przejść do jakiejś kwestii, bo po to chyba czytasz ten wpis, prawda? Z góry przepraszam Cię i uprzedzam: będzie chaos!

Zastanawiając się nad losem biednych, młodych Polaków na dzisiejszym krwiożerczym rynku pracy, zadałem sobie pytanie, które kiedyś też dość głośno dźwięczało w moich uszach: czy studia, na które się wybrałem dadzą mi coś więcej, niż tylko kilkukrotne, cotygodniowe wizyty w klubach, pubach, barach, tawernach, pizzeriach, bistrach i cholera jeszcze wie gdzie? Co będę robił po studiach, o ile je skończę, zanim znajdę następny kierunek, po to tylko, żeby przedłużyć sobie urlop w tanim kurorcie pt. Akademik i podróżować Mercedesami i Volvo (których MPK ma w swej flocie ponad setkę)?

W międzyczasie słyszałem wiele opinii na temat tego, który kierunek studiów jest najbardziej przyszłościowy, i który należy uprawiać, aby nie wypaść za margines, i szczerze mówiąc mam wrażenie, że właśnie stykam się z jakąś niebywałą mitologią związaną z tymi tematami. Spróbujmy sobie pofantazjować…

Tak oto, z mgły niepewnej przyszłości wyłania nam się wizja absolwenta kierunku ścisłego (polibuda, powiedzmy). Jest to rycerz stabilny i pewnie stąpający po ziemi, odziany w zbroje z maleńkich układów scalonych, dzierżący tarczę misy antenowej jednej z platform telewizji cyfrowej oraz bicz ukręcony z kabli miedzianych i światłowodowych… Rycerz – ścisłowiec – elektronik – informatyk – robotyk – automatyk… Wszyscy oni mają świetny start w turnieju za zamku Rynek Pracy. Ci, którzy inwestują swoją wiedzę i środki pieniężne, by wyszkolić tych mężnych wojów, nie żałują dóbr, ponieważ wiedzą, że inwestycja w nowe technologie i modernizację się opłaca. To trochę jak z ekipą norweskich narciarzy, którzy mają do dyspozycji supernowoczesne, mobilne (bo umieszczone w naczepie ciężarówki) centrum technologiczne do spraw wygrywania wszystkiego co się da w tej dyscyplinie. Ale kim w takim razie jest Justyna Kowalczyk?

I tutaj pojawia się kolejny bohater naszego mitu: Rycerz – humanista, bo o nim tu mowa, bardzo nieśmiało i niepewnie wyłania się z mgły. Nie ma ze sobą żadnej konkretnej zbroi, ale nie przeszkadza mu to we wzięciu udziału w walce o trofeum – Pracę. Humanista nie posługuje się orężem w stylu ognia i miecza, choć pewnie dużo o nich wie od Sienkiewicza. Jego broń to wolny umysł i abstrakcja. Prędzej zagada przeciwnika na śmierć, niż miałby popisywać się swoją techniką. Ot, taki sobie osesek, który na co dzień spotyka się z dylematem: kogo by tu odwiedzić, z kim pogadać o tysiącu różnych spojrzeniach na ten sam świat i od razu pokłócić się o to, kto lepiej wiedział, czym jest krzesło. Pośród rozmów o bycie i niebycie pojawiają się obawy o to, czy da się wyżyć z samego teoretyzowania. Myślę, że te obawy są o tyle słuszne, o ile  Woj – humanista stawia tylko i wyłącznie na swój samorozwój, zapominając o dopilnowaniu, aby ktoś ten samorozwój obserwował i w razie W zaświadczy o jego umiejętnościach i doświadczeniu… No właśnie, doświadczeniu…

Obaj rycerze stoją obok siebie – którym z nich zostać? Może uzbrojony w technologię wojownik? Hmmm… Liczyłbym się z tym, że tak naprawdę rycerz ten jest najemnikiem i jeszcze długo będzie walczył pod cudzą chorągwią. Najemników jest w naszym kraju jest coraz więcej, ale co, jeśli będzie ich tak wielu, że rynek zostanie przesycony? Do turnieju może stanąć określona liczba wojów, im ich więcej, tym gorzej dla tych, którzy odpadną już na starcie. Okaże się, że wyspecjalizowana kadra inżynierów jest dość wąska, a powstanie cała rzesza zbrojnej piechoty do odstrzału.

Taki sam problem mają humaniści, tyle że ich chyba wszyscy uważają za szeregowców… Może to smutne, ale nie spotkałem jeszcze na ulicy stwierdzenia, że po studiach historycznych, filozofii, politologii, czy mej ukochanej socjologii, można dorobić się kokosów.

Czy się z tym zgadzam? Oczywiście, że tak! Jest jednak jedno ale: nikt nie mówił o ukończeniu studiów humanistycznych, jako o sukcesie samym w sobie i przepustce do kariery.

Mitologie związane z drogą, którą wybieramy, stając się wojownikami na rynku pracy, ma swoja nutkę zwodniczości. Prawdą jest, że studia na PWr (Politechnika Wrocławska) dają nam prawie natychmiastowe zatrudnienie po uzyskaniu dyplomu, o ile będziemy kształcić się zgodnie z planem naszych uczelnianych decydentów. Politechnika to praktyka w czasie studiów.

Studia humanistyczne nie gwarantują raczej praktyki (raczej wymaga), która pozwoli płynnie wejść absolwentowi na rynek pracy. Dlatego student sam powinien podjąć się kształtowania swojej przyszłej kariery, zgodnie z ideą Giddensowskopodobnej podmiotowości refleksyjnej.

Oznacza to na dłuższą metę, że rycerz uzbrojony w technologię jest niemalże skazany na walkę jednym orężem (specjalizacja), nie uczy się samodzielności, bo najczęściej kierowany jest przez swojego zwierzchnika – szefa, zostaje trybikiem w machinie modernizacji.

Rycerz humanista ma większą dozę wolności, musi sam radzić sobie w turnieju, co wymaga od niego więcej wysiłku – jeśli go sam nie podejmie, nie ma szans na laurowy wieniec. Wyrabia więc w sobie nawyk samodzielności, która jest jego jedyną przepustką do grona zwycięzców systemu.

Nie ma kierunków gorszych ani lepszych, nawet jeśli to stwierdzenie świeci na czerwono i pachnie lewicą.

Na tym polega cała istota: każdy kierunek jest dobry, wystarczy wiedzieć jak działać, aby zapewnić sobie pracę po studiach – albo skupiasz się na nauce, gdy uczelnia proponuje Ci zdobycie doświadczenia, albo sam je zdobywasz, mając później nieograniczone ścieżki rozwoju. Zawsze będzie tak, że wybierając jedną drogę, nie wybierzemy innych, ale przecież wszystkie drogi ponoć prowadzą do Rzymu.

Poszło, jak z bicza strzelił, ale nie tyle, ile trzeba…

Listopad 26th, 2010 § Dodaj komentarz

Prawie tydzień temu tłumnie wyruszyliśmy na wybory. W sumie, to chciałoby się tak powiedzieć, bo z tymi tłumami to nie za bardzo. Nie mniej jednak, oglądając wieczór wyborczy w pięćdziesiątej stacji z rzędu, miałem wrażenie, że oto, w tym mało ruchliwym i ubogim w przewroty kraju (tak, tak, śmiem to twierdzić, mimo popularnego od pół niemal roku słowa na K, o którym wszyscy mówią podsycając fakt mówienia mówieniem o konieczności nie mówienia na ten temat), właśnie zakończyło się pospolite ruszenie.

Nagle okazało się, że w województwie górnopomorskim i świętopolskim wybory wygrała Ta Partia, a w innym Tamta Partia. Znowu w zachodniowieckim szli łeb w łeb! No co Ty!? Co szósty Polak głosował za Naszymi a co szósty za nimi? Co za zacięta walka! Niewiarygodne…

A ja pytam i przepraszam jednocześnie za swoją złość, i uszczypliwość: Gdzie jest reszta? Gdzie Ci, którzy nie głosowali? Dlaczego w ogóle nie wstydzimy się mówić głośno: Polacy wybrali?

Można cieszyć się z faktu, że w niektórych regionach, na przykład w moim, około 18% ważnych głosów oddano na kandydatów spoza ogólnopolskiej, pozornie spolaryzowanej, ale jednak mocno homogenicznej sceny politycznej. Wszystko to wygląda jak kolejny, lepiej udekorowany, zalukrowany do białości torcik pod tytułem “społeczeństwo obywatelskie”.

Co kilka lat jest więcej lukru, a co za tym idzie wypieków na twarzy przybywa, na co odpowiada surowa matka – rzeczywistość, wymierzając siarczysty policzek prostymi statystykami. A dzieci nadal marzą o słodkościach.

Polacy nie chodzą do wyborów i koniec.

Podajcie mi chusteczki.

No dobra…

Październik 24th, 2010 § Dodaj komentarz

Niech będzie. Dzisiaj oficjalnie rozpoczynam pisanie swojego bloga… Kurczę, jak to fatalnie brzmi!

No nie da rady napisać inaczej jak się zaczyna na siłę, ale już zbyt długo odstawiałem to na bok. Tyle na wątpliwie miłym wstępie.

Chcesz to czytać? O.K.

To, o czym chciałbym pisać, nie wiąże się ściśle z jakąś konkretną dziedziną. Nie znaczy to jednak, że blog będzie o wszystkim i o niczym. Wręcz przeciwnie.

Bloga zamierzam pisać po to, by przedstawić jedno z wielu spojrzeń na rzeczywistość. Moje spojrzenie (jakie to zwykłe i nieoryginalne) – po prostu. Chciałbym jednak uprzedzić, że będę używał tu swojego szkiełka, czyli socjologii, którą studiuję, interesuje się, którą kocham, nienawidzę, hańbię i sławię pospołu.

Historie z życia wzięte, lekko etnocentryczne komentarze tego co nas spotyka na co dzień, dużo niespójnej gadaniny, impuls elektryczny i bach!…

ZA-CZY-NA-MY!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.